Pierwszy powojenny polski Tarot
Antoni Uniechowski pracował dla Przekroju od jego powstania w 1945 do 1956 roku. Był niezwykle płodnym artystą, który zilustrował niezliczoną wielość czasopism, książek, kalendarzy, pocztówek, folderów, karnetów, druków reklamowych, programów teatralnych, plakatów, okładek płyt. Wreszcie, był autorem pejzaży Warszawy malowanych piórkiem i akwarelą, które jeszcze w latach dziewięćdziesiątych można było upolować na Kole, czyli kultowym warszawskim targu staroci, za akceptowalne pieniądze.
Tarok namalowany przez Uniechowskiego (bo pod taką nazwą karty zostały wydrukowane w Przekroju) to nie pierwsza i nie ostatnia talia kart, jaką stworzył. Jak napisała jego starsza córka, Krystyna, w latach trzydziestych:
Po kartach z Przekroju powstała jeszcze jedna talia autorstwa tego artysty, z widocznymi wpływami francuskiej gałęzi tarota, tak jak i w talii, o której piszemy tutaj.
Ikonografia Przekroju: chuć diaboliczna i patologia ogólna
Karty, jakie znajdziemy w „Przekroju” z 1947 roku, mają charakter prześmiewczo-okultystyczny, o czym świadczą zarówno same ilustracje, jak i tekst opisujący poszczególne karty. Jako przykład niech posłuży karta Umiarkowania. Klasyczne dla tarota Umiarkowanie, jedna z cnót kardynalnych, jest tu zamienione na „Chuć”, która zamiast anielskiego ma skrzydło nietoperza, a może nawet smoka i przedstawia nadobną, acz diaboliczną pannicę prezentującą nieumiarkowane w podwójnej postaci – zdrady i alkoholowej libacji. Karta jest uzupełniona tekstem: „XIV Chuć (znak Skorpiona) – wyraża wszechwładne i złowrogie panowanie pierwiastka płci. Wróży romans z sekretarką połączony z odkryciem wyżej wspomnianego przez ślubną małżonkę”.
Podobnie jak przy Umiarkowaniu, wiele innych kart w tej talii ma przewrotnie, ale zabawnie, ze znawstwem zmienione znaczenia i opisy adekwatne do nich, które też zgrabnie odwołują się do radości i bolączek epoki, jak przy karcie Papieża, tu występującej pod nazwą Hierfantusa: „V Hierofantus (znak Barana), oznacza wtajemniczenie w istotę wszechświata i natury ludzkiej. Przepowiada pomyślny wynik w egzaminie z Patologii Ogólnej lub też podchwycenie listu miłosnego do żony (męża)”. Albo karta Śmierć: „XIII Śmierć (oznaczona hebrajską literą „mem”) – symbolizuje przejście ducha pod władze materii. Wróży ożenek z właścicielką wędliniarni lub zastawienie rodowej papierośnicy w barze „Pod Dwunastnicą”.
Romańskie korzenie i synkretyzm Lenormand
Poza ikonografią i zbliżoną do pierwotnej numeracją kart, która jest charakterystyczna dla tarotów z kręgu kultury romańskiej, wpływy te są widoczne poprzez dodanie do kart tarota symboliki, nazw i kart, które są wzięte z francuskich kart Lenormand. Dodane karty (On i Ona), na wzór Lenormand, to Pan i Pani, sygnifikujące pytającego lub pytającą oraz ich love interest. Inne zapożyczenie to zmieniona nazwa karty „Gwiazda” na „Gwiazdy” w liczbie mnogiej, tak jak jest w kartach Lenormand. Nie trzeba dodawać, że mimo podobieństwa nazw te karty mają zupełnie inne znaczenie.
Każda z kart ma dodaną symbolikę astrologiczną, w postaci przypisanej planety lub znaku Zodiaku. Jest to zrobione w sposób, który u każdego astrologa wywoła płacz i zgrzytanie zębów albo… głośne wybuchy śmiechu. Połączenia są tak absurdalne, jak karta Słońca i znak Ryb albo karta Pustelnika, połączona z Marsem. Ba, w przypadku niektórych kart pojawiają się oznaczenia z literami hebrajskimi, które również nie mają sensu, może poza dodaniem wrażenia tajemniczości i starożytności.
Salonowy szyk i balowa nostalgia
Prezentowane na kartach wizerunki (On i Ona) to popis nienagannej, przedwojennej elegancji i tęsknoty za minionym światem wyższych sfer. Postać męska reprezentuje absolutny szczyt formalnego szyku: ma na sobie klasyczny smoking z ciemną marynarką o lśniących, szalowych klapach, sztuczkowe spodnie w prążek, jasną kamizelkę oraz białą koszulę z muszką. Całość wieńczy dystyngowany cylinder oraz laska. Z kolei postać kobieca uosabia paryski szyk zamożnej socjety, ubrana jest w wytworną, dopasowaną suknię wizytową z dramatycznie drapowanym, błękitnym trenem lub szalem, głębokim dekoltem, naszyjnikiem typu choker oraz spektakularnym, szerokoskrzydłym kapeluszem. Obie sylwetki bezbłędnie definiują klasę wyższą i kosmopolityczną arystokrację, odcinając się grubą kreską od powojennej, proletariackiej rzeczywistości.
Wprowadzony przez artystę sztafaż: czarne koty, płonące świece, sowy i krążące w tle nietoperze – to nie tylko okultystyczny żart. Elementy te nostalgicznie przywołują bardzo żywą w dwudziestoleciu międzywojennym tradycję tematycznych balów maskowych i kostiumowych. Antoni Uniechowski, będący szlachcicem z dziada pradziada, doskonale znał ten klimat z własnych rodzinnych wspomnień. Pochodził z ziemiańskiego rodu o wielkich tradycjach kolekcjonerskich, który przed I wojną światową wiódł typowy dla tej sfery, luksusowy tryb życia, regularnie wyjeżdżając w sezonie do Monte Carlo, Paryża czy kurortów na Riwierze.
Kreślone z przymrużeniem oka
Dla każdego współczesnego praktyka tarota czy astrologii, traktującego te dziedziny jako uporządkowane systemy i narzędzia poznawcze, rysunki te niosą jeszcze jeden, czysto humorystyczny walor. Postacie stoją na kołach wypełnionych glifami planet i znaków zodiaku, które na pierwszy rzut oka udają „kręgi magiczne”. W rzeczywistości to czysta mistyfikacja i czarny humor artysty. Nikt nie stworzyłby tak chaotycznego i pozbawionego sensu układu symboli (występuje tu chociażby przypadkowe nagromadzenie znaków Skorpiona i Lwa w jednym miejscu). Uniechowski traktował ten ezoteryczny sztafaż wyłącznie jako dekorację i żartobliwą maskaradę, a nie zapis wiedzy tajemnej. Ta lekkość idealnie współgra z podejściem, że tarot i astrologia to przede wszystkim fascynujące narzędzia analizy archetypowej i psychologicznego wglądu, a nie jarmarczne sztuczki czy mroczna magia ceremonialna.
Dziedzictwo awangardy i rozkłady kart
Mimo tych uwag jest to jedna z pierwszych talii, jakie ukazały się w Polsce i pierwszy tarot powojenny. Tarot ten nie został co prawda wydrukowany jako regularna talia, ale z pewnością ktoś wyciął te karty z „Przekroju”, nakleił je na kartoniki i próbował swoich sił w stawianiu kart, choćby dla żartu – i dlatego, że w tekście są opisane dwa wielkie rozkłady kart. Jeden z nich jest praktyczny, 16-kartowy, a drugi mistyczno-psychologiczny, składający się ze wszystkich 24 arkanów. Więcej kart możecie zobaczyć na archiwalnej stronie Przekroju.
Paryski szyk i świadomy eskapizm
Wyraźna fascynacja kulturą francuską, widoczna chociażby w zapożyczeniach z kart Lenormand, nie była w maju 1947 roku odosobnionym kaprysem redakcji. Wystarczy spojrzeć na sąsiednie kolumny kroniki modowej, gdzie króluje prezentowana na całostronicowej ilustracji zjawiskowa, błękitna suknia wieczorowa. To bezpośrednia, świeża odpowiedź na styl New Look, który Christian Dior zaprezentował światu zaledwie trzy miesiące wcześniej, 12 lutego 1947 roku, rewolucjonizując zamarznięty w wojennej traumie Paryż.
Projekt drukowany w Przekroju to absolutna lekcja dżentelmeńskiej i ultrakobiecej geometrii Diora. Konstrukcja opiera się na radykalnej sylwetce klepsydry, która w tamtych latach uchodziła za wręcz szokującą. Po blisko dekadzie wojennych restrykcji materiałowych, prostych, kanciastych ramion przypominających wojskowe mundury i oszczędnych spódnic do kolan, Dior zaproponował bezwstydny luksus. Błękitna suknia zachwyca gorsetową, mocno dopasowaną górą z głębokim, hiszpańskim dekoltem, który zmysłowo odsłania ramiona, wydłuża szyję i unosi biust.
Prawdziwym triumfem powojennego marnotrawstwa jest jednak dół kreacji. Szeroka, monumentalna, sięgająca samych kostek spódnica składa się z kaskadowo ułożonych, asymetrycznych wolantów i misternych marszczeń. Taki krój wymagał zużycia nawet kilkunastu metrów bieżących tkaniny (w oryginalnych paryskich kreacjach było to czasem i dwadzieścia metrów!), co w zniszczonej Polsce mogło brzmieć jak czysta abstrakcja. A jednak Przekrój nie tylko tę modę pokazywał, ale też ogłaszał konkursy na elegancki ubiór dla Polek.
Choć tworzony przez Mariana Eilego „Przekrój” redagowany był wówczas w salonowym, nietkniętym przez wojenne zniszczenia Krakowie, jego łamy pozostawały oknem na świat dla całego kraju. Nie bez powodu przedwojenna Polska tak silnie aspirowała do francuskiej elegancji, a jej stolica była dumnie nazywana „Paryżem Północy” – ten głód wielkiego świata i piękna nie zniknął pod gruzami i wojenny kurzem. Polki z niesamowitą determinacją trzymały rękę na pulsie światowych trendów. Niezależnie od tego, czy mieszkały w zrujnowanych miastach, czy w prowincjonalnych miasteczkach, z pomocą przedwojennych maszyn Singera, lokalnych krawcowych i zdobywanych z trudem materiałów, potrafiły wyczarować ze stron tygodnika namiastkę francuskiego luksusu. Proponowana przez pismo obfitość materiału, lekkość falban i powrót do tradycyjnie rozumianej elegancji były dla zmęczonego powojenną szarzyzną społeczeństwa czymś więcej niż tylko modą. Były świadomą ucieczką w ekskluzywność, piękno i normalność – formą głębokiej psychologicznej ewazji, która pozwalała marzyć o wielkich balach, paryskich salonach i zapomnieniu o niedawnym koszmarze.
Salonowe diaboliny kontra koszmar rzeczywistości
Wystarczyło bowiem odwrócić kartkę, by zderzyć się z porażającą rzeczywistością tamtych dni: doniesieniami z Niemiec podzielonych na cztery strefy okupacyjne czy satyryczną ilustracją Hitlera, którego głowa służyła za śmietnik na kościotrupy. W tym kontekście żartobliwe „zokultyzowanie” kart przez Uniechowskiego nabiera głębszego sensu. Wprowadzone przez niego diaboliny, czarne koty, nietoperze i inne mroczne ezoteryzmy, podane z ogromnym przymrużeniem oka i w duchu lekkiego, pastiszowego nawiązania do dawnych rycin Goi, w zderzeniu z prawdziwymi okropnościami wojny wypadały bardzo blado. Cały ten teatrzykowy sztafaż grozy stawał się zabawną, oswojoną bajką dla dorosłych. Salonowa maskarada pozwalała na chwilę zapomnienia, zanim w 1949 roku komunistyczny reżim ostatecznie dokręcił śrubę, cenzurując zachodnią modę i kabałę jako przejawy „zgniłego imperializmu”.
Elegancja wśród ruin, czyli realizm Wielkich Arkanów
Ostatecznie zarówno błękitna suknia z paryskich wybiegów, jak i powojenny Tarok Uniechowskiego spotykają się w tym samym, paradoksalnym punkcie. Z jednej strony oba te tematy ostentacyjnie odwołują się do luksusowych trendów światowych – wszak postacie na kartach ubrane są we fraki, smokingi i wieczorowe kreacje, a konkursowa suknia to najświeższy krzyk mody prosto z Paryża. Z drugiej strony, zderzenie z polską rzeczywistością roku 1947 zmuszało do działań czysto chałupniczych: suknie trzeba było uszyć własnoręcznie ze spadochronowego jedwabiu lub zafarbowanego prześcieradła, a mistyczne karty pieczołowicie wyciąć nożyczkami z taniego, gazetowego papieru i podkleić tekturą.
W tym przedziwnym kontraście kryje się jednak coś niezwykle poruszającego: manifestacja niezłomnego polskiego ducha. Pokazuje to, że nawet w poobijanym przez historię kraju, pośród gruzów i wszechobecnej biedy, ludzie odczuwali biologiczną wręcz potrzebę piękna i normalności. Chcieli w smokingach i sukniach balowych tańczyć najmodniejsze tańce, pić zdobytego cudem szampana i z przymrużeniem oka stawiać Taroka Uniechowskiego. Bo choć opisy kart były pełne salonowego dowcipu, to pytania zadawane nad kuchennym stołem były już boleśnie prawdziwe: pytano w nich o to, czy ciocia wróci z łagrów, czy brat odnajdzie się w Anglii i kiedy wreszcie rzucą do sklepów jakiekolwiek cytrusy. Pierwszy powojenny tarot, podany w sosie francuskiej elegancji i humoru, był więc niczym więcej jak jeszcze jedną barwną tarczą obronną przeciwko powojennej rzeczywistości.
Choć czasy i realia materialne radykalnie się zmieniły – żyjemy dziś w o wiele bezpieczniejszym, spokojniejszym i zamożniejszym świecie – to ludzkie niepokoje, pragnienia i pytania pozostają ponadczasowe. Wciąż tak samo intensywnie chcemy wiedzieć, czy ważna dla nas osoba wróci, jak ułożą się nasze relacje na tle romantycznym oraz co możemy zrobić, aby awansować i zająć lepsze stanowisko w życiu. Jeśli stoisz dziś przed swoimi własnymi wyzwaniami i szukasz konkretnego, ale też pełnego empatii wglądu w swoją sytuację, zapraszam na indywidualne spotkanie, na którym wspólnie przyjrzymy się Twoim kartom.
NOTA EDYTORSKA
Na okładce numeru 108 z kwietnia 1947 roku uwieczniono Mirę Zimińską-Sygietyńską – legendarną gwiazdę przedwojennych kabaretów i teatrów. Portret autorstwa Stanisława Urbanowicza powstał w przełomowym momencie jej życia. Aktorka żegnała się wówczas z warszawską sceną i karierą solową, by wraz z mężem, Tadeuszem Sygietyńskim, poświęcić się misji ratowania polskiego folkloru. Zaledwie rok później, w 1948 roku, założyli Państwowy Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze”.
Ilustracja zachwyca plastycznością dzięki zastosowaniu rotograwiury (techniki wklęsłodrukowej). W powojennej Polsce, przy użyciu zaledwie dwóch farb (druku dwubarwnego), metoda ta pozwoliła uzyskać niezwykle płynne przejścia tonalne i efekt malarskiej głębi. Ciekły tusz delikatnie wtapiał się w papier, eliminując ziarnistość rastra, co dawało złudzenie obcowania z oryginalną akwarelą.
© 2026 Akademia Unicornis Garden. Wszelkie prawa zastrzeżone.
+IHC AVTEM TRANSIENS PER MEDIVM ILLORVM IBAT